Znajdź nas na:
Bądź na bieżąco:
Kontakt więcej

Przywrócone arcydzieła w MOS: projekcja filmu "Nad rzeką, której nie ma"

gośćmi spotkania po projekcji będą Joanna Trzepiecińska oraz reżyser Andrzej Barański


rok produkcji:    1991, czas trwania:    85 min, Reżyseria:    Andrzej Barański, Scenariusz:    Andrzej Barański [na podstawie opowiadania Stanisława Czycza], Zdjęcia:    Ryszard Lenczewski 

Obsada: Marek Bukowski [Admirał], Joanna Trzepiecińska [Marta], Adrianna Biedrzyńska [Ewa], Mirosław Baka [Wódz], Tomasz Hudziec [Ataman], Andrzej Mastalerz [Pasza], Marta Kalmus [Monika] 

Muzyka:    Henryk Kuźniak  

Kierownictwo produkcji :    Paweł Rakowski

Nagrody:        Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni 1991: nagroda za scenariusz dla Andrzeja Barańskiego, nagroda Prezesa Komitetu ds. Radia i Telewizji dla Andrzeja Barańskiego, Tarnowska Nagroda Filmowa 1993: Nagroda Główna Brązowa Statuetka Leliwity, Nagroda Jury Młodzieżowego

 

Łukasz Maciejewski

CZAS NAS UCZY POGODY

 

Zawsze będą takie miłości. Są jak echo po raz pierwszy usłyszanego dzwonka z ogrodu w Combray, które dla Marcela Prousta w „Czasie odnalezionym” stało się datą wewnętrzną: „punktem wyjścia w bezmiarach”. W „Nad rzeką której nie ma” Andrzeja Barańskiego prywatny dzwonek z Krzeszowic przywołuje nostalgiczne punkty prywatnej mapy pogody. Wodza, Admirała, Marty - i każdego z nas.

„ „Nad rzeką której nie ma” to mój ukochany film” - opowiadał Tadeuszowi Sobolewskiemu twórca „Erratum”, Marek Lechki. - „Barański zderza ze sobą dwie warstwy - magiczną i realną”.

„Jeden z najlepszych reżyserów. U niego jest taki poziom wrażliwości na szczegół życia, jakim mało kto dysponuje” - dodaje Dorota Masłowska.

W przewodniku „Krytyki Politycznej” reżyser wspominał: „Kiedy realizowałem „Nad rzeką której nie ma”, nie miałem w głowie żadnego klasycznego filmu, do którego mógłbym się odnieść, nie odwoływałem się do malarstwa, muzyki - nie było mi to potrzebne. Miałem natomiast radosną świadomość, że film powinien być zrobiony tak, jak tylko ja to czuję. W takim stanie ducha robi się wszystko według własnego pragnienia, bez oglądania się na ewentualne konsekwencje podjęcia złej decyzji”.

Lata sześćdziesiąte, senne miasteczko, podróż zaczyna się od stacji PKP. Widzimy tory, następnie chłopców ćwiczących powitania dziewcząt mających wkrótce przyjechać tutaj na obóz. Muzyczny motyw Henryka Kuźniaka wprowadza panoramę miasta.

Czwórka przyjaciół: Admirał (Marek Bukowski), Ataman (Tomasz Hudziec), Wódz (Mirosław Baka) oraz Pasza (Andrzej Mastalerz) niczym „włóczykije” z filmu Federico Felliniego snują się po pustawych uliczkach, piją wino marki „Wino”, opowiadają dowcipy, podrywają dziewczyny. Nic nie ma charakteru przewrotu, przełomu czy rewolucji. Mała stabilizacja lat sześćdziesiątych z dziewiętnastoletniej perspektywy to długie spacery, ubawy na świetlicy gdzie królują hity w rodzaju „Maxicana, Mexicana” albo plany niemożliwych podróży. Równolegle z pojawieniem się w miasteczku tajemniczej Marty (Joanna Trzepiecińska) męska solidarność zamienia się w rywalizację. Admirał zakochuje się dziewczynie, ona również nie pozostaje obojętna na uczucia chłopca. Lato będzie  jednak zdradzieckie, pomiędzy ironiczną ripostą Marty a dotknięciem czułego punktu Admirała uczucie zamieni się w niepokój, namiętność w cierpienie.

Oglądając film Barańskiego z 1991 roku ma się rzadkie w polskim kinie poczucie prawdy młodzieńczych emocji, także emocji egzaltowanych. Tanie wino, młodość i uroda aktorów, wspaniała sukienka w wielkie grochy w której przechadza się Marta. Młodzi bohaterowie coś do siebie mówią, czasami milczą, często się popisują. Ma to siłę autentyku, tak jakby Barańskiemu udało się podejrzeć młodych bohaterów z zaskoczenia, sfotografować ich siłę w śmieszności. To fotografia punktu granicznego młodości. Matura, albo ostatnie lato tuż po maturze, za chwilę rozpocznie się nowy etap przyjmowany z nadzieją ale i ze strachem. Nadziei się boimy, strach prowokuje ambicje. Nowy rozdział zacznie się jednak dopiero za trzy miesiące, siedem tygodni albo za osiem dni. Przeczekiwanie poważnych decyzji, snucie się po wciąż jeszcze znajomych kątach które za chwilę zaczną się od nas oddalać, finalne flirty - być może decydujące. Dziewiętnastoletni stan zawieszenia kojarzy się z pobudzającą zmysłowością zapachów, zmiennymi nastrojami, przyjmowaniem refleksów słońca i odbijaniem ich cieniem własnego mroku. Młodość chciałaby więcej niż może mieć. Jak w słynnym wierszu Baudelaire'a: „szukamy zapachów nowych, kwiatów szerzej otwartych”.

W „Nad rzeką której nie ma” studentki medycyny rozprawiają o Freudzie, chłopcy walczą o przywództwo w grupie, a lumpy pod lokalnym barem dyżurują kolejne alkogodziny. Czekanie na gest wzajemności ze strony Marty ma dla Admirała smak goryczy ale i dwuznacznej słodkości, czystość chłopca nosi już pierwsze ślady perwersji. Barański celnie portretuje moment kiedy sensualizm nie staje się jeszcze seksualizmem, nie musi się ostatecznie definiować. Męska przyjaźń jest również erotyczna, samowystarczalna. I wcale nie trzeba wszystkiego nazywać, dookreślać. Ważna jest delikatność spojrzenia. Barański lubi zresztą wszystkich bohaterów i szczerze im kibicuje. Rozgrzesza ich grzeszki, bo o żadnych grzechach nie ma  mowy. W „Nad rzeką której nie ma” pije się alkohol, tańczy do upadłego, dowcipkuje na temat seksu, ale nie ma przemocy, ostrych, radykalnych barw. Lekkość bytu dopiero za chwilę stanie się nieznośna.

„Nad rzeką której nie ma” czerpie ze stylu epoki którą portretuje. Odtwarzając lata sześćdziesiąte reżyser świadomie nawiązuje do nowofalowego rytmu. Konkret życiowy syci się tutaj mistrzowskim wpisaniem poetyckiej tkanki w przekonywujący artystycznie organizm żywiący się wibracją realnego życia.

Barański odnalazł jednolity nastrój wizualny filmu - nastrojowość zachowań znajduje ekwiwalent w zdjęciowym portrecie sytuacyjnym. Środki stylistyczne dawkuje się oszczędnie. Wszystko wydaje się małe i zwykłe, ale bohaterowie są na tym tle nadzwyczajni, migotliwi. Oni świecą. Kamera Ryszarda Lenczewskiego znakomicie uchwyciła ów stan młodzieńczego zawieszenia. Rozgląda się ciekawie po okolicach miasteczka, podpatruje co dzieje się w zagajniku, a co w knajpie za rogiem. Chodzi o stan ducha, fotografię rozwibrowanej emocjonalności. W mojej ulubionej scenie z filmu Admirał biegnie za Martą, chce się z nią spotkać, ale dziewczyna wciąż się wymyka. Kamera Lenczewskiego raz jest przed Trzepiecińską, za moment tuż za nią, a ów wyrafinowany zabieg stylistyczny sprawia wrażenie naturalnego. Meandryczny lot ważki bez celu.

To może jedyny, do tego stopnia udany, polski film francuski, z ducha Erica Rohmera. Niby nic, rozmowy o pogodzie, o wakacjach, rzece której nie ma. Niby nic, a przecież chodzi o życie. I o bliskie pewności poczucie, że nic równie ważnego już się nie wydarzy. To duszne lato będzie decydujące. Zapisze się we wspomnieniu jako pierwszy krok w chmurach z opowiadania Marka Hłaski, dalej nie można było pofrunąć.

(…) „Moja żona, która jest dekoratorem filmowym, kupowała coś w sklepie na rachunek i podała swoje nazwisko - opowiadał Barański Piotrowi Mareckiemu - Młoda sprzedawczyni spytała: „A czy pani może zna Andrzeja Barańskiego?”. Pochodząca spod Warszawy dziewczyna powiedziała, że jak jej i przyjaciołom jest smutno, to oglądają w kilka osób film „Nad rzeką, której nie ma”.”

Gdybym spotkał Albinę Barańską, powiedziałbym to samo.

 

Łukasz Maciejewski

(„Czas nas uczy pogody” - Filmweb)

 

Łukasz Maciejewski

książka „Aktorki. Odkrycia” - „Poukładałam sobie świat” - portret Joanny Trzepiecińskiej (wyd. Znak, 2017):

 

W pewnym sensie Nad rzeką, której nie ma można czytać jako literacki wariant szekspirowskich Straconych zachodów miłości. W teraźniejszości Barańskiego liczy się przecież tryb przypuszczający. Może jest tak, może inaczej, dramat to dramacik, a wielkiej rzeki nie ma. Płynie strumyk.

 

Joanna Trzepiecińska mówiła w 1992 roku:

Po przeczytaniu scenariusza pomyślałam: cóż za nieefektowna rola bez szansy na rozegranie jakiegokolwiek oczywistego konfliktu. Dopiero potem doceniłam, że siedzieć na ławce, spacerować i rozmawiać ‒ to najtrudniejsze zadanie dla aktora. To była bardzo dziwna praca, z bardzo tajemniczym reżyserem, ale tak satysfakcjonująca.

Tadeusz Sobolewski pisał o kreacji Trzepiecińskiej: „Marta siedzi w małomiasteczkowej kawiarni, popija z koleżankami wino patykiem pisane, a równocześnie tam się rozgrywają jakieś wielkie, miłosne, stendhalowskie sprawy. Właściwa akcja tego filmu przebiega wewnątrz, w przeżyciach, w spojrzeniu, w spojrzeniu kamery ‒ nie przekłada się na działanie”.

„Mam wrażenie, że to był jeden z ostatnich filmów tak zwanych festiwalowych. Kiedy powstawał, nikt nie zastanawiał się, czy ma przynieść dochody, czy nie, tylko pozwolono bardzo interesującemu twórcy stworzyć to, co było jego naturalną twórczą drogą, marzeniem. I on na swojej drodze postanowił opowiedzieć taką a nie inną historię, i znaleziono pieniądze, żeby mógł to zrobić. To była bardzo ciekawa praca. Andrzej Barański jest reżyserem nienachlanym, tak bym go nazwała, bardzo subtelnym, małomównym. Na tym również polega jego geniusz, że potrafi wspaniale obsadzać swoje filmy. Ja nie rozumiałam Marty, ona mnie denerwowała, a jednak byłam w tym wszystkim chyba wiarygodna, ponieważ Barański wiedział, co robi. Po prostu wzięłam udział w realizacji czyjegoś marzenia i zostałam umiejętnie poprowadzona”.

 


Bilety:

12 zł

Najbliższe terminy:

12 Marca 2018 godzina 19.00 kup bilet

Znajdź nas na:
Bądź na bieżąco:
Kontakt więcej
Znajdź nas na:
Bądź na bieżąco:
Kontakt więcej